Strona Klubowa Shark Team

Galeria

 

Islandia - Etap II

ETAP II 14 VI - 03 VII 2004

 

DUNSTAFFNAGE - TÓRSHAVN - SEYDISFJÖRDUR - REYKJAVÍK - KEFLAVÍK

 

Załoga:

Witold "Rekin" Wajda
Wojciech Rogoziński
Anna Żyła
Tomasz Grzybek
Artur W. "Skuter" Skutecki
Bożena Bednarczyk
Janusz Bednarczyk
Tomasz Szostak
Andrzej Budzyński

 

 

II etap naszej wyprawy rozpoczął się 14.06.2004 r. w zachodniej Szkocji w niewielkiej marinie Dunstaffnage niedaleko Obanu. Przejęliśmy tam jacht od poprzedniej, nielicznej ale ostrej załogi, która pod wodzą Wojtka Meinhardta w 5 osób (!) przyprowadziła jacht ze Świnoujścia. Pogoda typowo "szkocka": mglisto, deszczowo i zimno. Drobne naprawy i zasztauowanie zaopatrzenia zajęło trochę czasu - wieźliśmy bowiem żywność na dwa etapy, gdyż wymiana załogi drogą lotniczą na Islandii wykluczała dostarczenie tam zaopatrzenia dla III etapu. Potem jeszcze zgranie się z momentami pływu i ruszamy!
Naszym głównym celem było opłynięcie Islandii, więc postanowiliśmy nie tracić czasu na zwiedzanie Szkocji, lecz od razu w drogę. Przecież w Szkocji jeszcze kiedyś będziemy J. Przez cieśninę Sound of Mull, a potem przez Minch wyszliśmy na ocean i wzięliśmy kurs na Wyspy Owcze. Pogoda zmienną była, jak to w tych rejonach - wiatr początkowo sprzyjający, zastawił nam drogę wiejąc z N i NE z siłą 6 - 7 B. Gratulowaliśmy sobie decyzji "odpuszczenia" Szkocji. Wszystko odbywało się zresztą zgodnie z prognozami aż do ok. 15 Mm od południowego krańca Wysp Owczych. Wtedy odebraliśmy "gale warning" z Tórshavn Radio i miny się nam trochę wydłużyły - tego nam wcześniej w prognozach nie obiecywali. Wiatr zaczął tężeć w 10 minut po odebraniu ostrzeżenia i rzeczywiście dmuchnęło 8 z N. Na szczęście po kilkunastu godzinach wiatr siadł i weszliśmy do Tórshavn.
Wyspy Owcze zaskoczyły nas surowością i pięknem krajobrazu, ale także pogodą. Było mglisto, deszczowo i wietrznie, czyli podobno jak zwykle. Padało przez większość czasu naszego postoju, chociaż była to raczej delikatna mżawka niż deszcz. Ale mokro i tak było. Natomiast piękno krajobrazu nas nie zawiodło. Strome zbocza górskie trawiasto - skaliste, opadające do wody stromymi klifami, w głębi wysp zielone, rozległe łąki, z rzadka porozrzucane domy. Wiele domów ma dachy kryte tradycyjnie darnią. Przy braku drewna i upraw zbóż (słoma) to rzeczywiście chyba był najprostszy i skuteczny sposób krycia dachu. W każdym razie wygląda to bardzo oryginalnie. Cały archipelag Wysp Owczych składa się z 18 wysp, w tym kilku w zasadzie nie zamieszkanych. Ludność liczy około 49 000.
Tórshavn, główny port i stolica Wysp Owczych liczy obecnie około 16000 mieszkańców. Bardzo malowniczo położone miasteczko na stokach wzgórz schodzących do rozległej zatoki. Stromy półwysep Tinganes, zabudowany małymi domkami z dachami krytymi darnią, stanowi najstarszą część miasta i rozdziela zatokę na Port Wschodni i Port Zachodni. Bardzo przyjaźni i uczynni ludzie, spokojne tempo życia sprawiły, że postój w Tórshavn stanowił miły odpoczynek po przelocie ze Szkocji. Premiera tutejszego rządu podobno można łatwo spotkać w gumiakach na nabrzeżu portu, załatwienie czegokolwiek w urzędzie nie stanowi problemu, a tutejsze Centrum Ratownictwa Morskiego wspominamy z dużą wdzięcznością. Zaopatrzyliśmy się tam w brakujące mapy Islandii - kilka zakupiliśmy, a mniejsze formatowo uczynni ludzie skserowali nam tam na miejscu: To wam wyjdzie taniej, a wystarczy do Waszych celów. Po co macie kupować! Ponadto zaopatrzyli nas w bardzo dokładne, parodobowe prognozy pogody na trasę naszego przelotu do wschodnich wybrzeży Islandii.
Były też ciekawe spotkania. Janos, Faroerczyk mówiący całkiem nieźle po polsku, odwiedził nas kilkakrotnie na jachcie i zabrał część załogi na przejażdżkę samochodem po okolicach. W Tórshavn, po przeciwnej stronie półwyspu Tinganes zobaczyliśmy przy nabrzeżu niewielki, około 9 metrowy slup z kanadyjską banderą. Na tym jachciku, o nazwie "Carrick", Charles z Quebecu płynął wraz dwiema córkami Daphne i Charlene, w wieku chyba 22 i 16 lat. Właśnie wracał z długiej, prawie rocznej, wyprawy do Europy, w czasie której odwiedził południe naszego kontynentu, Norwegię i Szkocję. Zaproszenie na Rzeszowiaka przyjął chętnie. Charles miał już doświadczenia w żeglarstwie polarnym, był już uprzednio na Grenlandii. W czasie imprezy na Rzeszowiaku okazało się, że z Tórshavn wybiera się do Seyđisfjördur na wschodnim wybrzeżu Islandii, a następnie ma zamiar opłynąć od północy Islandię, zajść na Grenlandię i wrócić do rodzinnego Quebecu. A więc wschód i północ Islandii, to przecież właśnie nasza planowana trasa! Dokonaliśmy przeglądu wzajemnego naszych map. Okazało się, że Charles dysponuje wieloma mapami północnych rejonów Islandii, z których kilka byłoby bardzo nam przydatnych. Chętnie pożyczył nam je na parę godzin do skopiowania, uczynni ludzie w Tórshavn poradzili: Idźcie do Biura Geodezyjnego, mają tam wielkoformatowe ksero, i w ten sposób staliśmy się bogatsi jeszcze o kilka map.
"Carrick" wypływał z Tórshavn tego samego dnia co my, ale ponieważ każdy chciał jeszcze coś ciekawego na Wyspach Owczych obejrzeć, więc pożegnaliśmy się w porcie, życząc sobie dobrej żeglugi i spotkania w Seyđisfjördur. Jak zwykle w tych rejonach najpierw trzeba było ułożyć rozkład jazdy tak, żeby być w zgodzie z pływami. W wąskich cieśninach między wyspami prądy pływowe mogą osiągnąć prędkość ponad 10 węzłów! Wyszliśmy z portu z mocnym postanowieniem obejrzenia z bliska słynnych klifów. Płynęliśmy przejściem między wyspami Sandoy i Hestur, które już dały nam przedsmak widokowych atrakcji, a później przez Vestmanna Sund wąskim przejściem między wyspami Streymoy i Vágar, doszliśmy do najwyższych klifów na NW wybrzeżu wysp - Vestmanna Bird Cliffs. Wrażenie było niesamowite! Klif o wysokości miejscami ponad 800 m opada do wody stromymi ścianami i równie pionowo schodzi w głąb. Na mapie żadnych przeszkód, na sondzie nie ma dna już w odległości kilkudziesięciu metrów od skał, można naprawdę przy spokojnej wodzie podejść do skalnych ścian prawie "na wyciągnięcie ręki".
Syci wrażeń estetycznych odkleiliśmy się od klifu i wyruszyliśmy w dalszą drogę w kierunku Islandii. To był najprzyjemniejszy przelot w całym rejsie. Słońce pięknie świeciło, a sprzyjający wiatr 4 - 5 B dowiózł nas do brzegów Islandii w 2 doby! W pobliżu celu żeglugi zobaczyliśmy na morzu daleki żagiel. Charles? Wywołanie przez UKF - kę potwierdziło nasze przypuszczenia. A więc spotkaliśmy się po przebyciu kawałka Atlantyku u wejścia do fiordu stanowiącego cel naszej żeglugi. Z morza zaczęły wyłaniać się majestatyczne góry ze stromymi urwistymi ścianami i polami śnieżnymi w górnych partiach. O kurczę, Alpy wychodzą z morza! - powiedział Janusz, i te słowa dobrze oddają nasze pierwsze wrażenia po ujrzeniu brzegów Islandii. Czuliśmy się jakbyśmy znaleźli się jachtem w rejonie Morskiego Oka J Trochę nas zaniepokoiło, że "Carrick" jakby składa się do wejścia do sąsiedniego fiordu, ale krótka konsultacja przy pomocy UKF, GPS i lornetki wyjaśniła sprawę. A kiedy jeszcze ujrzeliśmy strzelające wysoko wydechy wielorybów, wszystko było już całkiem jasne! J. Po chwili Charles dołączył do nas i razem wpłynęliśmy w gardziel fiordu. Za chwilę nasz towarzysz znowu się zatrzymał w dryfie i stwierdził: "Ja tu sobie trochę powędkuję, za godzinę spotkamy się w porcie". Popłynęliśmy więc dalej. Bardzo malowniczy fiord, długości ok. 9 Mm, doprowadził nas do leżącego w głębi portu Seyđisfjördur. Po godzince przypłynął Charles z 2 wiadrami pełnymi ryb. Jedno nam podarował i wkrótce odbyła się uczta powitalna z okazji dopłynięcia do Islandii.
Port reklamowany w locji i przewodnikach jako "główny port promowy i najważniejsza miejscowość na wschodnim wybrzeżu" zaskoczył nas mocno. Nieduża wioska licząca ok. 800 mieszkańców, droga asfaltowa przechodząca w szutrową tuż za granicami osady - tak chyba wygląda Przystanek Alaska. Port w czasie II wojny światowej był bazą aliantów, niedaleko wszak przechodziły trasy konwojów do Murmańska. Teraz jednak trudno było uwierzyć, że to naprawdę główny port na wschodzie Islandii. Za to okolice bardzo piękne, odbyliśmy parogodzinną wycieczkę do okolicznych wodospadów - wreszcie wiedzieliśmy jak wygląda Islandia. A przynajmniej tak nam się wydawało...
Czas nas gonił, przed nami była jeszcze trasa wokół północnej Islandii, a do Reykjavíku trzeba przypłynąć punktualnie "żeby nie wiem co", bo wymiana załogi samolotem (i to jeszcze taniej linii) to nie żarty. Charles nie śpieszył się, a poza tym na północy planował jeszcze zatrzymać się na wyspie Grímsey, na co nam brakowało czasu. Dlatego po dobie postoju pożegnaliśmy sympatyczną załogę "Carricka" i wyruszyliśmy w dalszą drogę. Po wyjściu z fiordu wpadliśmy w mgłę. Na szczęście po kilku godzinach widoczność poprawiła się, przyszedł wiatr z S i SE. Nie była to miła, relaksowa żegluga. Kurs wypadał fordewindem, a duża fala z południa powodowała, że mimo założonych kontraszotów, sternicy musieli nieźle się namęczyć.
Najważniejszy etap całej trasy - opłynięcie północy Islandii odbyło się jednak przy dobrej pogodzie. Nie dostarczyło nam zbyt wielu wrażeń widokowych, jeśli chodzi o ląd, ale za to były inne atrakcje. Płynęliśmy poza kręgiem polarnym w dość znacznej odległości od lądu, aby uniknąć przeciwnego prądu płynącego przy wybrzeżu. Słońce nie zachodziło wcale. Była przecież końcówka czerwca no i te szerokości geograficzne.... Mogliśmy podziwiać słońce zniżające się, a potem zatrzymujące się "na dwa palce" nad widnokręgiem. Dużą atrakcją była psia wachta. Rzadko się zdarza odbyć ją w blasku Słońca J. Z żalem minęliśmy wyspę Grímsey oraz fiordy słynące z tego, że często można tam oglądać wieloryby. Nie zawiodły natomiast delfiny i ptaki. Stada delfinów, mewy, maskonury i inne ptaszyska, na których niestety się nie znam, towarzyszyły nam ciągle.
Decydującym momentem tej części trasy było minięcie cypla Horn na północy Islandii. Jest to "północny" Horn dużo mniej sławny od swego południowego imiennika i oczywiście nie tak groźny, jeśli chodzi o warunki atmosferyczne. Od tego momentu trasa nasza wiodła już na południe. Wiatr zdechł, więc żeby zrelaksować się nieco postanowiliśmy powtórzyć wyczyn Charlesa i nałapać parę wiader ryb. Stanęliśmy w dryfie u wejścia do fiordu Ísafjarđardjúp, a Janusz przypominając sobie wskazówki miłego Kanadyjczyka, walczył z wędką. Złapała się dorodna ryba, ale niestety przy wyciąganiu jej z wody urwała się wraz z hakiem i błystką. Ponieważ pozbawiła nas w ten sposób sprzętu wędkarskiego, nam tym zakończyliśmy nasze wyczyny. No cóż, oprócz dobrych rad trzeba jeszcze dysponować sprzętem odpowiednim na te wody. Charles to zawodowiec, jego żyłka i błystka były dwukrotnie większe od naszych J. Dalej już bez przygód przy słabym wietrze dopłynęliśmy do Reykjavíku.
Stolicę Islandii uczyniliśmy naszą bazą wypadową dla zwiedzania wnętrza wyspy. Wypożyczonym samochodem przejechaliśmy ponad 800 km w ciągu 2 dni. Myśleliśmy, że poznamy piękno surowego interioru Islandii, a tymczasem tylko narobiliśmy sobie smaków J. Trzeba tam popłynąć jeszcze raz!
Drogi na Islandii to osobna ciekawostka, ale więcej na ten temat ma do powiedzenia III etap, który dłużej po niej jeździł. W każdym razie szutrówka to zupełnie normalna droga - nawet może być główna. A żeby móc coś zobaczyć ciekawego, to samochód z napędem 4x4 jest raczej niezbędny. My zwiedziliśmy gorące kąpielisko Blue Lagoon oraz obszar geotermalny Krísuvík z gorącymi, nawet wrzącymi błotami Seltún.
Oczywiście nie mogło zabraknąć na trasie zwiedzania gejzerów. Największy z nich, Geysir (erupcje 75 m wys., drugi, co do wysokości erupcji na świecie) wybucha, niestety nieregularnie, co kilkadziesiąt lat i nie zaszczycił nas akurat pokazem swoich możliwości. Podziwialiśmy za to Strokkur, który regularnie, co 10 - 15 minut wybucha na wysokość ok. 30 m.
Islandia to przecież kraina lodowców, więc nie mogło na trasie zwiedzania zabraknąć lodu. Wybraliśmy się na Sólheimajökull, schodzący w pobliże morza jęzor lodowca Mýrdalsjökull. Mýrdalsjökull to czwarty co do wielkości lodowiec Islandii o powierzchni 590 km2. Pod nim w południowo - wschodniej części znajduje się aktywny wulkan Katla. Jego erupcje objawiają się gwałtownym zwiększaniem się wypływu wody spod lodowca, co powoduje powodzie w dolinach poniżej. Spod jęzora wypływa rzeka Jökulsá zwana "cuchnącym potokiem", intensywnie pachnąca siarkowodorem (fuj !). Chodzenie po powierzchni lodowca nie jest jak się okazuje łatwą sprawą. W normalnych butach da się to zrobić tylko w miejscach, gdzie powierzchnia jest pokryta materiałem skalnym transportowanym przez lodowiec.
Jeszcze jedną "atrakcją", polecaną przez przewodniki, była jaskinia Paradishellir - jak głoszą legendy ludowe - siedziba XVI - wiecznego wyjętego spod prawa rozbójnika Magnussona, która ukazała się nam jako troszkę większa dziura w ścianie, znajdująca się ok. 10 m nad ziemią. Wejście do niej możliwe było tylko przy użyciu, zwisającej z owej dziury, liny z kilkoma węzłami. Odważył się jedynie Andrzej, który po dotarciu do celu, skwitował jaskinię słowami: No...., dziura po zbóju!!! ;-)
Kolejna na liście była ciekawostka geologiczno - historyczna: Ţingvellir (Thingvellir) - miejsce zetknięcia płyt tektonicznych: europejskiej i amerykańskiej. Tutaj w roku 930 powstał Alţing, najstarszy parlament nowożytnej Europy. W 1000 r. także tutaj uchwalono przyjęcie religii chrześcijańskiej przez Islandię. Przez wiele wieków odbywały się w tym miejscu posiedzenia Alţingu, a 17 czerwca 1944 roku proklamowano tu również powstanie niepodległej Republiki Islandii. Obecnie jest to Park Narodowy.
Wielką atrakcją naszych wycieczek były wodospady. Jest ich na Islandii mnóstwo, bardzo malowniczych, a nam udało się obejrzeć kilka najciekawszych: Gullfoss ("Złoty Wodospad") o wysokości 32 m, 65 - metrowy Seljalandsfoss oraz niewiele niższy (62 m) Skogafoss.
Zwiedzanie trzeba było niestety zakończyć, zbliżał się nieubłaganie termin oddania jachtu następnej załodze i powrotu do kraju. Jeszcze tylko krótkie przejście jachtem z Reykjavíku do Keflavíku, po drodze klarowanie i mycie. Spotkanie z załogą Bartka Tajchmana, która przyleciała samolotem parę dni wcześniej i już zwiedziła co należy na lądzie. Przekazanie jachtu nadzorowała młoda foczka pływająca sobie w basenie portowym. Po raczej bezsennej nocy na zasadzie "Śpij, kto gdzie może", wczesnym rankiem 04 lipca 2004 koledzy z następnej załogi odstawili nas, jeszcze nie oddanymi samochodami, na lotnisko i odlecieliśmy do Londynu, a potem autobusem do Krakowa.
Statystyka rejsu: 1549 Mm, 297 h, 3 porty, 47 h żeglugi poza kręgiem polarnym.


Rekin

 

 

     

CennikSklep ProduktySklepCennik Lista Sklep Alu SEOpawlik SEO tiffany Kominki Matejko Szkło Tiffany Webmaster WitrArt Witraze.pl Zdobienie SharkTeam